Let’s travel together.

Zajmowała się sprawami kryminalnymi. Zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach

0 9 910

Zaginięciem dziennikarki „Nowości”, w 2004 roku żyła nie mal cała Polska. Do dziś nie wiadomo co się stało z Aleksandrą W.

51-letnia, wtedy Aleksandra W. Mieszkanka Małego Rudnika pod Toruniem, zaginęła w tajemniczych okolicznościach w piątek 12.03.2004 roku. Tego dnia kobieta wracała z urlopu w Szczyrku, gdzie przebywała wraz z synem i jego kolegą. Podczas pobytu na nartach, zachowywała się normalnie, snuła plany związane z rozwodem, napisaniem książki i przeprowadzką do Torunia. Jeszcze przed wyjazdem do Szczyrku, złożyła w sądzie papiery rozwodowe. Z tym zamiarem nosiła się długo. Wyjazd w góry miał być tym „na przeczekanie”. Kobieta  wiedziała, że w czasie jej urlopu mąż otrzyma dokumenty. Nie chciała być wtedy w domu. Z kurortu cała trójka wyjechała o godz. 17.45. Pani Aleksandra jechała jednym samochodem, a syn z kolegą drugim. Tempo jazdy nie odpowiadało jednak synowi, więc pożegnał się  z matką i ruszył szybciej.

„Mama wyruszyła w drogę powrotną własnym autem nieco wcześniej niż ja. Dogoniłem ją gdzieś w okolicach Siewierza i, zgodnie z naszą wcześniejszą umową, zadzwoniłem na komórkę, pytając, czy zatrzymujemy się na jakiś posiłek. Mama stwierdziła, że nie jest głodna, więc wyprzedziłem jej samochód, zamrugałem światłami i wyrwałem do przodu. I tyle ją widziałem…”– wspominał pan  Daniel.

Mężczyzna ostatni kontakt miał z mamą o godzinie 23:28. Wtedy przebywał już w swoim domu w Papowie Toruńskim. Pani Aleksandra zadzwoniła do niego, informując że właśnie mija jego miejscowość i kieruje się do domu. Tam jednak nie dotarła. Następnego dnia, syn telefonicznie próbował skontaktować się z matką. W końcu około godziny 16:00 usłyszał w słuchawce „abonent czasowo niedostępny”. Na bezowocnych próbach dodzwonienia się do kobiety, upłynęła cała niedziela. Kiedy w poniedziałek nie zjawiła się w pracy, syn zgłosił jej zaginięcie.

„W poniedziałek pojechałem do Grudziądza, gdzie zastałem ojczyma, który stwierdził, że nie widział żony od dwóch tygodni, od kiedy wyjechała do Szczyrku”– opowiadał.

W środę, 17 marca na parkingu przed Dworcem Głównym w Toruniu, odnaleziono samochód zaginionej- czarną skodę fabię. Wewnątrz znajdowały się bagaże i rzeczy osobiste takie jak szare narty marki Dynastar i buty narciarskie marki Salomon. Brakowało natomiast telefonu komórkowego, dokumentów, i kluczyków. Świadkowie twierdzili, że pojazd pojawił się na parkingu w środę w południe. Nie wiadomo jednak jak się tam znalazł. Według syna, kobieta miała przy sobie tylko 150 zł. Gdyby potrzebowała gotówki, musiałaby pobrać pieniądze z konta. Jednak na jej rachunku bankowym, do dnia dzisiejszego nie dokonano żadnej operacji.

Śledztwo zakrojone było na wielką skalę. Pochłonęło ogromne nakłady środków, ludzi i sprzętu. Jednak pierwsze dni po zgłoszeniu zaginięcia Aleksandry W. sprawa została zbagatelizowana co oznacza, że popełniono bardzo duże zaniedbania. Telefon komórkowy zaginionej był aktywny do soboty, jednak policjanci nie ustalili jej lokalizacji. Nie wykrył jej również żaden inny nadajnik, co może świadczyć o tym, że znajdowała się w stosunkowo niedużym zasięgu. W toku śledztwa nie zabezpieczono także nagrań z monitoringu. Teren został przeszukany zbyt pobieżnie. Wtedy w lesie znajdowało się wiele małych jeziorek, które pominięto, a to że do Rudnika Małego kobieta dojechała jest pewne. Świadczą o tym cząstki ziemi pobrane z bieżnika kół. Ale co się stało dalej tego nie wiadomo. Do dzisiaj nie ustalono, także czyj odcisk palca znajdował się w samochodzie (wykluczono męża, syna oraz jego kolegę). Nie wiadomo, do kogo należały znajdujące się w aucie włosy. Nie ustalono, skąd pochodziła gruba warstwa kurzu, która znalazła się na samochodzie. W domu dziennikarki, zabezpieczono koszulę nocną ze śladami krwi. Nie doszukano się jednak związku ze sprawą. Mąż kobiety zaprzeczał wersją jakoby miał związek z zaginięciem żony. Mimo tego nie zgodził się na badanie wykrywaczem kłamstw, tłumacząc się problemami ze zdrowiem. W przeciwieństwie do syna dziennikarki, nie brał czynnego udziału w śledztwie. Sprawiał wrażenie wycofanego. Z zapałem zabrał się jednak do uregulowania spraw finansowych. Do prokuratury wnioskował o prawo do decydowania o samochodzie żony, a także dysponowania wspólnym majątkiem.

” Nie wierzę, że uciekła i nagle zmieniła swoje życie. Na to była zbyt wygodna, ja dawałem jej stabilizację. Ale co się stało? Nie wiem. Nie tęsknię, chociaż gdyby pojawiła się w bramie, ucieszyłbym się” – zapewniał mąż.

Aleksandra W. Zajmowała się w pracy, sprawami kryminalnymi i istnieje podejrzenie, że to z tym wiąże się jej zniknięcie. Dziennikarka była od zadań specjalnych. To ona zrelacjonowała proces, zabójców ks. J.Popiełuszki, oraz sprawę „króla mafi węglowej”- Edwarda S. Przyczyniła się także do zatrzymania i aresztowania członków gangu słynącego z terroryzowania restauratorów. Często publikowała artykuły dotyczące kryminalnego charakteru, znanych biznesmenów i polityków.

„Część osób, o których pisała kiedyś Aleksandra W, jest na wolności. Nie można więc wykluczyć, że dziennikarka padła ofiarą zemsty ze strony którejś z nich”. Mówi podinsp. Mieczysław B.

W toku prowadzonego śledztwa pojawiło się kilka tropów, ale nie wszystkie doczekały się weryfikacji. Pewien emerytowany policjant, nie ujawniający swych personaliów sugerował zabójstwo na zlecenie. Członek rodziny, zapłacił rzekomo 50 tysięcy złotych za „zlikwidowanie” kobiety. Zleceniobiorcą miał być Ormianin, który położył się na drodze w pobliżu miejscowości Skoki, udając rannego. Aleksandra W. Z chęcią udzielenia pomocy, pochyliła się nad mężczyzną, który w tym momencie zadał jej cios w szyję. Następnie udusił a ciało wrzucił do bagna. Policja nie zainteresowała się tropem, ponieważ w województwie kujawsko- pomorskim nie ma miejscowości o takiej nazwie Skoki. Są natomiast Skoki Duże… Kolejny trop wskazał Niemiec z Gdańska, który twierdził, że zwłoki dziennikarki znajdują się na 37 kilometrze przy drodze do Warszawy, inny prowadził na bagna między Józefkowem a Płużnicą…

W międzyczasie biegli zajęli się tworzeniem profilu psychologicznego sprawcy, a według nich dwóch sprawców w wieku od 25 do 55 lat. Zbrodnia była dobrze zaplanowana, a porzucenie samochodu przy Dworcu miało na celu zmylić policję, sugerując wyjazd kobiety.  Motywem zabójstwa (jeśli do niego doszło) była zemsta, bądź pobudki finansowe.

Pod uwagę wzięto też hipotezę o ucieczce i rozpoczęciu nowego życia, ale z tym nie zgadza się syn zaginionej, według którego mamę bardzo zmieniły narodziny wyczekanego wnuka.

„Zawsze sceptyczna, stała się nagle pogodniejsza, z większym optymizmem patrzyła w przyszłość. Za dwa lata miała przejść na emeryturę. Planowała więc, już spokojnie, popracować jako wolny strzelec, napisać książkę. No i zająć się ukochanym wnuczkiem. Czy mówiłaby to wszystko, myśląc o odejściu albo popełnieniu samobójstwa, jak zakłada jedna z policyjnych hipotez? To bzdura!”– mówił

Sprawa zaginięcia dziennikarki nadal czeka na swój finał.

 

Komentarze
Loading...