Let’s travel together.

Opowieść o tym jak dwóch chłopców zniknęło ze stacji bydła

0 1 478

Dwóch nastoletnich chłopców opuszcza swoje bezpieczne domy w odległym regionie Kimberley na dalekim północnym zachodzie Australii, aby udać się do swojej pierwszej pracy, która miała być dla każdego z nich wielką przygodą. Jednak przed końcem roku znikną razem na pustyni, a ich ciała zostaną odkryte kilka miesięcy później, setki kilometrów dalej w jednym z najbardziej niegościnnych miejsc na ziemi. Jeden z nich na baniaku z wodą wydrapał wiadomość dla swojej rodziny, drugi miał w głowie dziurę po kuli. Ponad 30 lat później nadal nie jest jasne co dokładnie stało się z Jamesem i Simonem. 

James (16) i Simon (17) osobno odpowiedzieli na ogłoszenie zamieszczone w jednej z gazet w 1986 roku. Do pracy poszukiwano dwóch zaganiaczy owiec na jednej z ogromnej stacji Flora Valley około 120 km od Halls Creek w zachodniej Australii. Halls Creek liczące wtedy około 1500 mieszkańców – znajduje się 150 km na północ od Wolf Creek, kraterze stworzonym przez uderzenie meteorytu, który pojawił się w horrorze z 2005 roku „WOLF CREEK”. Zły stan dróg w tej części kraju oznacza, że ​​podróż 150 km, może zająć siedem godzin. 

James pochodził z Griffith i przybył do Flora Valley w lipcu. Simon z Adelajdy dotarł do stacji w następnym miesiącu. Kiedy chłopcy opuszczali swoje rodzinne miasta nie mieli pojęcia z jak przerażającymi warunkami będą musieli się zmierzyć. Przemysł bydlęcy chylił się ku upadkami, a jego podtrzymanie wiązało się z obniżeniem kosztów. Flora Valley była prowadzona przez menedżera Gilesa Lodera, oraz jego ciężarną żonę, która była kucharką dla kilkunastu hodowców. Po siedmiu tygodniach w dolinie Flora chłopcy zostali wysłani do pracy jako jedyni opiekunowie na dwóch innych odległych obiektach oddalonych od siebie o około 180 km. James udał się na północny wschód do stacji Nicholson, a Simon na południe do Sturt Creek. Chłopcy otrzymywali niewielkie pieniądze za trud, który obejmował codzienne kilkunastogodzinne podróże po niesklasyfikowanych drogach w pojazdach bez klimatyzacji. Podróże te miały na celu sprawdzanie wiatraków i innych urządzeń. Ich zakwaterowania były równie prymitywne. Ścieki czasami wpływały do ​​pryszniców, po spłukaniu toalety, a dotknięcie włączników światła mogło spowodować porażenie prądem. James i Simon posiadali radio, które utrzymywało ich w kontakcie z panem Loderem, i to był ich jedyny kontakt ze światem, prócz każdej środy, kiedy chłopcy zjeżdżali do Flora Valley, aby odebrać pocztę i zapasy i mogli na krótko spotkać się z innymi pracownikami co dawało im chwilę odskoczni. Ale po południu w poniedziałek 1 grudnia, obaj chłopcy nie odebrali dwóch codziennych połączeń radiowych z Flora Valley. Dwa dni później pan Loder udał się na stację Nicholson a następnie Sturt Creek jednak po chłopcach nie było śladu. Następnego dnia zgłoszono zaginięcie. Wszystko wskazywało na to, że James i Simon dołączyli do siebie w nocy 1 grudnia i ruszyli na pustynię. Nikt nie wie dokąd zmierzali ani co chcieli zrobić. Spekulowano, że albo ruszyli na polowanie, albo byli tak znudzeni, że zapragnęli dotrzeć do najbliższego miasteczka.

Trzydniowe poszukiwania lotnicze na obszarze o powierzchni 100 000 kilometrów kwadratowych nie wykazały żadnego śladu chłopców, którzy przypuszczalnie zginęli na pustyni. W kwietniu przyszłego roku kierowca spychacza znalazł opuszczony Datsun na wydmach około 500 km na południowy wschód od Halls Creek. Na dachu pojazdu z patyków i samochodowych kluczy utworzono napis SOS, a przy nim strzałkę skierowaną na północ. Dalsze dochodzenie ujawniło szczątki zaginionych chłopców, ale to odkrycie nigdy do końca nie wyjaśniło w pełni ich losu. Koroner później ustalił, że James zmarł z odwodnienia, a Simon zginął od strzału w głowę. Ustalono także, że  w pewnym momencie ich samochód zjechał na drogę używaną tylko przez zespoły sejsmiczne i ugrzązł w piasku, a chłopcy w temperaturach sięgających 40 stopni ruszyli pieszo. Przeszli około 18 kilometrów i rozbili obóz, gdzie Simon najwyraźniej strzelił sobie w głowę. James przeszedł kolejny kilometr i zmarł po tym jak wydrapał na pustym baniaku po wodzie wiadomość dla rodziny „Zawsze będę was kochał, mamo, tato, Jason, Michelle, Joanne”. Wszystko, co pozostało z Simona było tylko kośćmi naruszonymi przez dzikie psy. Szczątki Jamesa nadal pokryte były fragmentami ciała, ubrań i włosów. Oprócz wyraźnej różnicy w rozkładzie zwłok, ludzka krew znaleziona na czapce Jamesa nie należała ani do niego ani do Simona. Mieszkańcy aborygeńskiej osady, przez którą przejeżdżali wcześniej chłopcy, widzieli inny pojazd który za nimi podążał.    

Rodzice Jamesa, który od początku podejrzewali, że w śmierci chłopców brały udział osoby trzecie, pozwali później Australijskie Stacje o obrażenia psychiczne, których doznali w ciągu miesięcy oczekiwania na wiadomość o losie ich syna. Para twierdziła, że ​​ich syn zmarł z powodu zaniedbania ze strony firmy, co postawiło go na odosobnionym miejscu z wadliwym pojazdem i brakiem przeszkolenia w zakresie umiejętności przetrwania. W marcu 2003 roku, rodzice Jamesa otrzymali pozasądową wypłatę odszkodowania za szkody spowodowane szokiem emocjonalnym spowodowanym tajemniczą śmiercią syna. To co tak naprawdę wydarzyło się na pustyni, nadal jest jedną wielką niewiadomą.

Komentarze
Loading...