Let’s travel together.

Jedna z najdłuższych tajemnic Hiszpanii - Rodzeństwo, które znika ze szpitalnej sali

0 6 038

17- letnia Dolores i jej 5- letni brat Isidro, byli najstarszą i najmłodszym z czternaściorga potomstwa Alfreda i Marii Orrit. W 1988 r. Rodzina mieszkała w skromnym mieszkaniu położonym w opuszczonej fabryce, na obrzeżach Manresy (Hiszpania). 16- osobowej rodzinie doskwierała bieda i ledwo wiązali koniec z końcem, a sytuacja diametralnie pogorszyła się w lipcu, kiedy na raka krtani zmarł  Alfredo. Owdowiała Maria, by móc zapewnić sobie i dzieciom podstawowe warunki do życia, imała się każdej pracy. Często nie było jej w domu dzień i noc.

Pod osłoną nocy

2 września 1988 r. Isidro został przyjęty do szpitala klinicznego Sant Joan de Déu z zapaleniem jamy ustnej i gardła, zaostrzonym przez penicylinę, która zamiast pomóc, uczuliła. Na 6 września, chłopczyk miał zaplanowany zabieg usunięcia migdałków. Z uwagi na fakt, że Maria ciężko pracowała, opiekę nad Isidro na zmianę z wujkiem pełniła Dolores. Z piątego na szóstego września przypadł dziewczynce nocny dyżur. Rodzeństwo po raz ostatni było widziane o 23:00. Kiedy następnego dnia o 6:00 nad ranem, na sali zjawiły się pielęgniarki, które miały przygotować chłopca do zabiegu, okazało się, że po rodzeństwie nie ma śladu.

Nieład i rzeczy osobiste

Chwilę potem, w skromnym mieszkaniu rodziny Orrit zjawiła się policja. Do tej pory wszyscy mieli nadzieję, że dzieci, być może ze strachu przed zabiegiem uciekły ze szpitala i schroniły się w domu. Jednak i tam nie było po nich śladu. Przekonanie, że mogło wydarzyć się coś złego, pogłębił fakt, że na sali, na której leżał Isidro panował nieład, co sugerowało, że mogło dojść do szamotaniny. Dodatkowo, w szafce odnaleziono 1000 peset z okularami Dolores. Dziewczynka chorowała na astygmatyzm, a bez nich prawie całkowicie nie widziała. Pod poduszką, na łóżku, leżały starannie złożone ubrania pięciolatka, co oznacza, że szpital opuścił w samej piżamce.

"Szpital to nie więzienie"

Jeszcze tego samego dnia rozpoczęły się szeroko zakrojone poszukiwania zaginionego rodzeństwa. Funkcjonariusze przeczesali cały szpital - sala po sali oraz sąsiednie ulice. Przesłuchano także lekarzy, pielęgniarki oraz personel administracyjny, jednak nie znaleziono najmniejszej wskazówki, która mogłaby pomóc w ustaleniu tego co stało się z dziećmi. Dopiero później recepcjonistka przyznała, że tuż po północy widziała jak ​​dziewczyna pasująca do opisu Dolores wychodziła ze szpitala, niosąc na rękach małe dziecko. Po tym oświadczeniu Maria oskarżyła władze szpitala o zaniedbanie, ale w odpowiedzi usłyszała, że szpital to nie więzienie i każdy może wychodzić z niego kiedy chce. Co gorsza, w tamtym czasie nie prowadzono rejestru wejść, ani wyjść oraz nie było monitoringu. 

Handel organami? Porwanie? Ucieczka?

W toku sprawy, funkcjonariusze dotarli nawet do Wenecji aby odpowiedzieć na wezwanie kobiety, która twierdziła, że ​​widziała nieletnich w stolicy Turii, ale wrócili z pustymi rękami. Nie udało się także wyjaśnić serii tajemniczych telefonów otrzymywanych przez Marię, w których rozmówca milczał przez chwilę, zanim odłożył słuchawkę. 

W sprawę zaginionego rodzeństwa zaangażowała się także Gwardia Cywilna, która sprawdzała każdą wskazówkę, nawet tą dotyczącą handlu organami. Podejrzewano, że być może w szpitalu działało tzw. "Czarne podziemie", przeprowadzające pobór narządów na zlecenie. Niestety nie znaleziono nawet najmniejszego dowodu, przemawiającego za tym, że taki proceder miał miejsce.

Przesłuchano także przyjaciół Dolores i przez jakiś czas podążano teorią, że dziewczynka mogła poznać kogoś z kim zaplanowała ucieczkę, a brata zabrała ze sobą, ze względu na silne uczucie jakim go darzyła. Z uwagi na warunki w jakich przyszło dzieciom dorastać, to założenie mogłoby wydawać się logiczne, jednak gdyby nastolatka planowała ucieczkę, na pewno zabrałaby swoje okulary i pieniądze.

Czy żyją?

Rodzina Orrit miała bogatych krewnych w Portugalii, więc sądząc, że być może, któryś z nich zlitował się nad losem dzieci i postanowił zabrać je do siebie, śledztwo dotarło i tam, ale nie ustalono niczego, po czym sąd zadecydował o zamknięciu sprawy. W ciągu następnych lat wielu prywatnych detektywów, zaoferowało swoją darmową pomoc w rozwiązaniu tej sprawy, jednak prowadzone śledztwa zakończyły się niepowodzeniem. Zdesperowana matka szukała także pomocy u jasnowidzów, którzy zapewniali, że dzieci nadal żyją.

Autor, Dorota Ortakci.

This slideshow requires JavaScript.

Komentarze
Loading...