Let’s travel together.

Kto zabił profesora? Pocisk w jego głowie rozpadł się na 14 części

0 1 353

Dr hab. Krzysztof Osuch zamordowany w wieku pięćdziesięciu lat był znanym fizykiem. Wykładał na Politechnice Warszawskiej, a także na University of South Africa (UNISA) w Pretorii w RPA. Głównie zajmował się projektowaniem nowych struktur w skali nano, oraz był współautorem pracy badawczej, w której opisał zmianę struktur nieszlachetnych w szlachetne. Praca ta znalazła się w dziesiątce najwybitniejszych prac na świecie. Magazyny naukowe pisały o nim -„urodzony do Nobla”. Naukowy potencjał Krzysztofa Osucha polegał przede wszystkim na tym, że jego wiedza była bardzo szeroka.

W RPA miał żonę i dwóch synów. Był na tyle zamożny, że tak naprawdę mógł zrobić ze swoim życiem co tylko chciał. Ale on marzył tylko o tym by wraz z rodziną wrócić do Polski. Podczas pobytów w ojczystym kraju,wykładał na Politechnice. Mieszkał wtedy samotnie na ulicy Bruzdowej w Warszawie, a każdego dnia po skończonym wykładzie przyjeżdżał do rodziców na obiad. Był z nimi bardzo związany. Wieczory spędzał na siłowni. Do domu wracał ok 22;30 i telefonował do rodziców, informując że jest bezpieczny. Jednak pewnego deszczowego wieczoru – 7 listopada 2005 roku nie zadzwonił. Zaniepokojony ojciec, przyzwyczajony do wieczornego rytuału, wielokrotnie próbował skontaktować się z synem. Telefon początkowo nie odpowiadał, a następnie został wyłączony. W tym momencie ojciec profesora wsiadł w samochód i udał się na ul. Bruzdową.

Brama była zamknięta, furtka otwarta a samochód stał na podjeździe. Klucze były w skrytce w której Krzysztof zawsze je zostawiał. Dzięki temu jego ojciec dostał się do domu. Nie zauważywszy nic niepokojącego wsiadł w samochód i odjechał. Jednak ta sprawa zaniepokoiła go tak bardzo, że tego wieczoru jeszcze dwa razy zjawił się pod domem syna. Za drugim razem został wylegitymowany przez patrol policji który pojawił się na miejscu w związku ze znalezieniem w pobliżu rannego mężczyzny.

1200 metrów od domu Krzysztofa Osucha, ochroniarz pilnujący jednej z rezydencji usłyszał przeraźliwe jęki. Zaniepokojony wezwał patrol interwencyjny. W rowie odnaleziono zakrwawionego mężczyznę. Jak się okazało był nim Krzysztof O. Widać było że jest przerażony ale nie dało się nawiązać z nim kontaktu. Był cały we krwi a jego twarz przypominała jedną wielką ranę. Z powodu ogromnej ilości krwi, która pokrywała jego ciało, na pierwszy rzut oka nie dało się stwierdzić w których miejscach jest zraniony. Mimo długiej reanimacji o godzinie 00:20 lekarz stwierdził zgon. Lekarz prowadzący pierwsze oględziny ciała stwierdził, że mężczyzna został zagryziony przez psa. W całej tej historii jest to moment kluczowy.

O zagryzieniu Krzysztofa Osucha pisały wszystkie gazety, a w Warszawie rozpętała się swojego rodzaju psychoza związana z atakami bezdomnych psów. Warto tu nadmienić, że w tamtym okresie było kilka takich wypadków. W jednym z nich ucierpiała kilkuletnia dziewczynka. Zaczęły się poszukiwania psiego mordercy. Policjanci przez kilkanaście godzin przeszukiwali teren oraz pytali mieszkańców o groźne psy w okolicy. Około godz. 15 niedaleko miejsca tragedii zauważyli bezpańskiego mieszańca. Weterynarz uśpił go, a następnie w klatce zawiózł na obserwację do schroniska na Paluchu.

W tym czasie trwały także oględziny miejsca w którym znaleziono profesora, oraz jego domu. Okazało się, że ślady krwi są nie tylko w miejscu znalezienia wykładowcy, ale także przy i na bramie wjazdowej do jego posesji. Tam też zabezpieczono ślady biologiczne, m.in. dziewięć włosów (część należała do ofiary, część do innych osób).Wszystko szło dobrze aż do momentu w którym podczas sekcji zwłok w głowie Krzysztofa odnaleziono kulę kalibru 5,56 mm. Pocisk rozpadł się na 14 części, uszkadzając m.in. oko ofiary. Jak ustalili biegli, strzelano z samodziału, od dołu żuchwy ku górze.Tego nie można było już zrzucić na nieszczęśliwy wypadek z udziałem rozwścieczonego psa. Stało się jasne, że profesor został zamordowany.

Dopiero dwa tygodnie po zbrodni ówczesny rzecznik stołecznej policji, przyznał, że wykładowca został zamordowany. Rana na jego szyi, początkowo brana za ugryzienie psa, była raną wlotową od kuli, a obrażenia na głowie też nie powstały w wyniku walki z psem, ale w czasie walki z człowiekiem. Policja przyznała, że opierała się na błędnym stanowisku lekarza, który dokonywał oględzin ciała Krzysztofa Osucha.

Śledztwo ruszyło ale straconego czasu już nie można było nadrobić. Wiele śladów zostało zatartych przez padający w tym okresie deszcz i upływający czas. Wątpliwości dotyczących tej zbrodni nie udało się rozwiać do dziś. Nie znany jest nawet motyw. Nie udało się ustalić czy mężczyzna padł ofiarą celowego zabójstwa czy był świadkiem czegoś, czego nie powinien był zobaczyć. Ustalono tylko, że najprawdopodobniej akcja znalazła swój początek na terenie posesji denata. Rany na Jego głowie powstały przez bolce wystające z bramy. Nie wiadomo jednak czy te 1200 metrów przeszedł sam czy ktoś go tam przewiózł i porzucił. Jeśli szedł sam dlaczego nie szukał pomocy u sąsiadów? Może dlatego, że domy stały w znacznej od siebie odległości a rezydencja Krzysztofa O znajdowała się w środku pola kapusty? Pytań jest więcej niż odpowiedzi.

Potencjalny winowajca – pies, jak się później okazało wcale nie był bezdomny. Mimo tego musiał spędzić kilka miesięcy w schronisku.

Prowadząca to śledztwo prokuratura brała pod uwagę kilka motywów zbrodni, (rabunek,romans,sukces naukowy,problemy i waśnie z sąsiadami jego ojca) ale wszystkie hipotezy ostatecznie odrzucono.
Przy Krzysztofie odnaleziono portfel, karty płatnicze oraz drogi zegarek więc nie było to morderstwo na tle rabunkowym. Brakowało tylko telefonu ale i on odnalazł się kilka miesięcy później u kolejnego z rzędu właściciela. Przyjęto wersję, że telefon wypadł profesorowi podczas walki.

W toku śledztwa przebadano DNA aż 70 osób. Żadne nie pasowało do profilu zabezpieczonego na miejscu zabójstwa. Kto zabił Krzysztofa Osucha? Mimo, że 31 marca 2011 sprawa została umorzona, morderca nadal chodzi na wolności.
Jedyną szansą na rozwiązanie tego tajemniczego morderstwa jest odrzucenie wszelkich domysłów i zbadanie sprawy od nowa. By posunąć się choćby o milimetr dalej potrzebny jest choć jeden świadek. Wbrew pozorom, fakt że posesja Krzysztofa stała w szczerych polach uprawnych, otoczonych szklarniami nie oznacza że nikt nic nie widział i nie słyszał. Przecież gospodarstwa rolne zatrudniają pracowników.

Minęło już tyle lat a sprawca bądź sprawcy tej zbrodni nadal pozostają na wolności.

Komentarze
Loading...